Sportowy blog Tomka Mądrego.
środa, 07 marca 2012
297 dni

Czy się cieszę z odejścia Boasa? Nie wiem. Czy dał Chelsea coś dobrego? Tak. Zasłużył na zwolnienie? Mimo wszystko chyba tak. To nie była ta drużyna. Praktycznie każda Chelsea z okresu Abramowicza grała lepiej. Teraz pozostaje pytanie: kto obejmie sieroty po Portugalczyku?

Andre Villas-Boas przestał być trenerem Chelsea Londyn. Nie jest to znowu takie dziwne, patrząc na ostatnie wyniki ekipy z Londynu. Czarę goryczy przelała wyjazdowa porażka z West Bromwich Albion 0:1. Prawdę mówiąc, nie myślałem, żeby Portugalczyk miał jakiekolwiek szanse na zachowanie posady do końca sezonu po porażce z Napoli w 1/8 finału Ligi Mistrzów 1:3. A wiadomo, że Liga Mistrzów to rozgrywki najbardziej interesujące właściciela The Blues – Romana Abramowicza.

Chelsea za AVB grała… słabo, momentami wręcz fatalnie. Szczególnie zdenerwował mnie ostatni mecz The Blues. Beznamiętnie, ograniczając się do jak najmniejszego wysiłku i jak największego jego udawania. Nie wiem, czy Daniel Sturridge specjalnie zmarnował dwie stuprocentowe sytuacje, ale w każdym razie wszystko sprowadzało się do myśli – grać tak, aby AVB został zwolniony. Wyszło im.

Może i to właśnie Chelsea jako pierwsza w lidze pokonała Manchester City, ale nie można zapomnieć o innych meczach – 3:5 z Arsenalem na Stamford Bridge, jeden z pierwszych poważnych zawodów kibiców w tym sezonie. A inne? Pamiętacie jakie problemy mieliśmy z wyjściem z grupy w LM? Zagwarantowaliśmy je sobie dopiero ostatnim grupowym meczem – z Valencią, 3:0, moim zdaniem najlepszy mecz za kadencji Portugalczyka w Chelsea. Równie dobry mógł się wydawać mecz z Manchesterem United – 3:0 do przerwy i wielka przewaga piłkarzy z Londynu. Niestety, nawet takiej przewagi nie udało się zachować. Skończyło się na wyniku 3:3 i kolejna cegiełka do zwolnienia AVB została dołożona.

Andre Villas-Boas miał swoją filozofię futbolu. Przynajmniej tak się wydawało, kiedy wygrywał Ligę Europy razem z FC Porto. Potem coś się zepsuło. Albo może inaczej – sukcesy portugalskiego klubu to zarówno zasługa zawodników, jak i trenera. Trafił w końcu na Falcao, Hulka czy Joa Moutinho w życiowej formie. Aktualnie Porto trochę się rozsypało, ale to nie tylko przez odejście trenera – odszedł przecież najlepszy snajper Smoków, wspomniany wcześniej Falcao. Przeniósł się do Madrytu, do Atletico. Z Chelsea było inaczej. Młody, niespełna 35-letni trener na początku bez problemu dogadywał się z piłkarzami, ale gdy przyszły porażki, jego autorytet został mocno nadszarpnięty. Chodzącym legendom w tym klubie, jak Frank Lampard, John Terry czy Didier Drogba trudno mieć pełne zaufanie do prawie że swojego równolatka, praktycznie debiutanta w wielkim europejskim klubie. Andre Villas-Boas miał im przypomnieć o Jose Mourinho – trenerze, za którym wspomnieni piłkarze skoczyliby w ogień. Nie przypomniał. Piłkarze znowu wyglądali jak sieroty po The Special One. Poprzednikowi AVB, Carlo Ancelottiemu udało się sprawić, że Chelsea wyglądała dobrze, miała ambicję, zapomniała o Mourinho. Z kolei były trener Porto chyba tylko przypomniał graczom The Blues o byłym mentorze.

Jeśli chodzi o kwestie finansowe, to zatrudnienie Villasa-Boasa było gigantyczną stratą. Za sprowadzenie go na Stamford Bridge na pół roku Abramowicz zapłacił około 45 milionów Euro. Dodatkowo jeszcze transfery – min. Sprowadzenie Raula Meirelesa, którego ja w ogóle nie mogę zrozumieć. Tak zamierzał odmłodzić skład były trener? Niespełna 29-letnim zawodnikiem, który – bądźmy szczerzy – w trakcie półrocznego pobytu na SB nie pokazał nic, co stawiałoby go wyżej nad Frankiem Lampardem, co prawda kilka lat starszym, ale o kilka klas lepszym. W dodatku transfer Lukaku, za 18 milionów Euro. Jasne, zawodnik bardzo obiecujący, ale czy dostał poważną szansę? Nie! Marnuję się w rezerwach, podobnie jak Piazon.

Dotychczas wymieniałem same błędy AVB. Oczywiście były też pozytywy w jego ruchach transferowych czy w grze Chelsea za jego trenerki. Niekiedy występował ten „Sexy Footbal”, czyli coś, co naprawdę podobało się Romanowi Abramowiczowi. W niektórych meczach, szczególnie na początku sezonu, można było zauważyć tą ambicję, te dopracowane zagrania. Przykładem takiego spotkania był min. mecz z Valencią.

Transfery AVB również nie były taką straszną porażką. Przede wszystkim wyszedł mu jeden transfer – Juana Maty. Hiszpan był – moim zdaniem – najlepszym piłkarzem Chelsea za kadencji Villasa-Boasa, do spółki z Danielem Sturridgem. Te 23,5 miliona na pewno się nie zmarnowały. Poza Matą, były trener Chelsea nabył również Oriola Romeu – młodziutkiego piłkarza Barcelony, ukradzionego z jej szkółki. Kosztował 5 milionów, i to również nie były źle wydane pieniądze. Oriol nie stał się z miejsca podstawowym piłkarzem The Blues – sporo na to pracował, regularnie wychodzić w pierwszej jedenastce zaczął dopiero w grudniu. W każdym razie, opłacało się wykraść tego piłkarza Barcelonie. Niedawno doszedł też Gary Cahill z Boltonu – na razie nie potrafię stwierdzić czy to dobry ruch

Villas-Boas nie tylko kupował, a także sprzedawał. Nie ma już w Londynie Alexa (Paris Saint Germain) i Anelki (Shanghai Shenhua). Skład Chelsea został więc odmłodzony, ale nie przyniosło to zamierzonych efektów, chociaż prawdę mówiąc, Alex i Anelka raczej od dawna nie mieli miejsca w podstawowej jedenastce, a oni mają zbyt duże ambicje by siedzieć na ławce – nawet w takim klubie jak Chelsea.


297 dni

Czy się cieszę z odejścia Boasa? Nie wiem. Czy dał Chelsea coś dobrego? Tak. Zasłużył na zwolnienie? Mimo wszystko chyba tak. To nie była ta drużyna. Praktycznie każda Chelsea z okresu Abramowicza grała lepiej. Teraz pozostaje pytanie: kto obejmie sieroty po Portugalczyku?

Andre Villas-Boas przestał być trenerem Chelsea Londyn. Nie jest to znowu takie dziwne, patrząc na ostatnie wyniki ekipy z Londynu. Czarę goryczy przelała wyjazdowa porażka z West Bromwich Albion 0:1. Prawdę mówiąc, nie myślałem, żeby Portugalczyk miał jakiekolwiek szanse na zachowanie posady do końca sezonu po porażce z Napoli w 1/8 finału Ligi Mistrzów 1:3. A wiadomo, że Liga Mistrzów to rozgrywki najbardziej interesujące właściciela The Blues – Romana Abramowicza.

Chelsea za AVB grała… słabo, momentami wręcz fatalnie. Szczególnie zdenerwował mnie ostatni mecz The Blues. Beznamiętnie, ograniczając się do jak najmniejszego wysiłku i jak największego jego udawania. Nie wiem, czy Daniel Sturridge specjalnie zmarnował dwie stuprocentowe sytuacje, ale w każdym razie wszystko sprowadzało się do myśli – grać tak, aby AVB został zwolniony. Wyszło im.

Może i to właśnie Chelsea jako pierwsza w lidze pokonała Manchester City, ale nie można zapomnieć o innych meczach – 3:5 z Arsenalem na Stamford Bridge, jeden z pierwszych poważnych zawodów kibiców w tym sezonie. A inne? Pamiętacie jakie problemy mieliśmy z wyjściem z grupy w LM? Zagwarantowaliśmy je sobie dopiero ostatnim grupowym meczem – z Valencią, 3:0, moim zdaniem najlepszy mecz za kadencji Portugalczyka w Chelsea. Równie dobry mógł się wydawać mecz z Manchesterem United – 3:0 do przerwy i wielka przewaga piłkarzy z Londynu. Niestety, nawet takiej przewagi nie udało się zachować. Skończyło się na wyniku 3:3 i kolejna cegiełka do zwolnienia AVB została dołożona.

Andre Villas-Boas miał swoją filozofię futbolu. Przynajmniej tak się wydawało, kiedy wygrywał Ligę Europy razem z FC Porto. Potem coś się zepsuło. Albo może inaczej – sukcesy portugalskiego klubu to zarówno zasługa zawodników, jak i trenera. Trafił w końcu na Falcao, Hulka czy Joa Moutinho w życiowej formie. Aktualnie Porto trochę się rozsypało, ale to nie tylko przez odejście trenera – odszedł przecież najlepszy snajper Smoków, wspomniany wcześniej Falcao. Przeniósł się do Madrytu, do Atletico. Z Chelsea było inaczej. Młody, niespełna 35-letni trener na początku bez problemu dogadywał się z piłkarzami, ale gdy przyszły porażki, jego autorytet został mocno nadszarpnięty. Chodzącym legendom w tym klubie, jak Frank Lampard, John Terry czy Didier Drogba trudno mieć pełne zaufanie do prawie że swojego równolatka, praktycznie debiutanta w wielkim europejskim klubie. Andre Villas-Boas miał im przypomnieć o Jose Mourinho – trenerze, za którym wspomnieni piłkarze skoczyliby w ogień. Nie przypomniał. Piłkarze znowu wyglądali jak sieroty po The Special One. Poprzednikowi AVB, Carlo Ancelottiemu udało się sprawić, że Chelsea wyglądała dobrze, miała ambicję, zapomniała o Mourinho. Z kolei były trener Porto chyba tylko przypomniał graczom The Blues o byłym mentorze.

Jeśli chodzi o kwestie finansowe, to zatrudnienie Villasa-Boasa było gigantyczną stratą. Za sprowadzenie go na Stamford Bridge na pół roku Abramowicz zapłacił około 45 milionów Euro. Dodatkowo jeszcze transfery – min. Sprowadzenie Raula Meirelesa, którego ja w ogóle nie mogę zrozumieć. Tak zamierzał odmłodzić skład były trener? Niespełna 29-letnim zawodnikiem, który – bądźmy szczerzy – w trakcie półrocznego pobytu na SB nie pokazał nic, co stawiałoby go wyżej nad Frankiem Lampardem, co prawda kilka lat starszym, ale o kilka klas lepszym. W dodatku transfer Lukaku, za 18 milionów Euro. Jasne, zawodnik bardzo obiecujący, ale czy dostał poważną szansę? Nie! Marnuję się w rezerwach, podobnie jak Piazon.

Dotychczas wymieniałem same błędy AVB. Oczywiście były też pozytywy w jego ruchach transferowych czy w grze Chelsea za jego trenerki. Niekiedy występował ten „Sexy Footbal”, czyli coś, co naprawdę podobało się Romanowi Abramowiczowi. W niektórych meczach, szczególnie na początku sezonu, można było zauważyć tą ambicję, te dopracowane zagrania. Przykładem takiego spotkania był min. mecz z Valencią.

Transfery AVB również nie były taką straszną porażką. Przede wszystkim wyszedł mu jeden transfer – Juana Maty. Hiszpan był – moim zdaniem – najlepszym piłkarzem Chelsea za kadencji Villasa-Boasa, do spółki z Danielem Sturridgem. Te 23,5 miliona na pewno się nie zmarnowały. Poza Matą, były trener Chelsea nabył również Oriola Romeu – młodziutkiego piłkarza Barcelony, ukradzionego z jej szkółki. Kosztował 5 milionów, i to również nie były źle wydane pieniądze. Oriol nie stał się z miejsca podstawowym piłkarzem The Blues – sporo na to pracował, regularnie wychodzić w pierwszej jedenastce zaczął dopiero w grudniu. W każdym razie, opłacało się wykraść tego piłkarza Barcelonie. Niedawno doszedł też Gary Cahill z Boltonu – na razie nie potrafię stwierdzić czy to dobry ruch

Villas-Boas nie tylko kupował, a także sprzedawał. Nie ma już w Londynie Alexa (Paris Saint Germain) i Anelki (Shanghai Shenhua). Skład Chelsea został więc odmłodzony, ale nie przyniosło to zamierzonych efektów, chociaż prawdę mówiąc, Alex i Anelka raczej od dawna nie mieli miejsca w podstawowej jedenastce, a oni mają zbyt duże ambicje by siedzieć na ławce – nawet w takim klubie jak Chelsea.


czwartek, 29 grudnia 2011
Jaka była runda jesienna dla Polonii?

Ekstraklsa skończyła się. Za nami runda jesienna oraz dwa mecze wiosennej rundy. Wobec tego w 2012 roku nasi piłkarze rozegrają 13 kolejek. A jaka była ta runda dla Polonii Warszawa?

Jeśli chodzi o wyniki oraz tabele dobra. Podopieczni Jacka Zielińskiego skończyli ją na wysokiej, trzeciej lokacie. Wygrali również mecz szczególnie ważny dla kibiców Czarnych Koszul derby Warszawy z Legią. Co prawda w tabeli poloniści są niżej od rywala zza miedzi, ale udało im się wyprzedzić takich gigantów naszej ligi jak Lech Poznań czy Wisła Kraków. Jednym z mankamentów prezesa Józefa Wojciechowskiego jest odpadnięcie z Pucharu Polski ze spadkowiczem z naszej Ekstraklasy Arki Gdynia. 

Polonia Warszawa grała w tej rundzie różnie. Na początku sezonu liderem oraz ich najlepszym, a zarazem jedynym strzelcem Czarnych Koszul był Bruno Coutinho. Dzięki jego golom Polonia wygrywała kolejne mecze. Aż do jego kontuzji, dla drużyny Zielińskiego bramki zdobywał tylko on  raz co prawda gol padł nie po jego akcji, ale wtedy ostatni piłkę dotknął obrońca ŁKSu i to on został zapisany jako zdobywca trafienia. Po kontuzji Bruno długo Polonii nic się nie układało. Jeśli podopieczni Zielińskiego wygrywali, to przede wszystkim szczęściem, indywidualnymi umiejętnościami. W większości jednak piłkarze ponosili porażki bądź remisowali. Momentem przełomowym był mecz z Podbeskidziem Bielsko Biała, a tak właściwie jego druga połowa. Do zespołu wrócił ten sam co na początku rundy Bruno, rozbłysnął talent Edgara Caniego. Albańczyk ustrzelił hat-tricka z Lechią Gdańsk na PGE Arenie i w końcówce sezonu spisywał się lepiej niż dobrze. Do formy z Górnika Zabrze powoli wraca Robert Jeż. Nie będzie liderem Polonii, moim zdaniem ten tytuł może przypaść tylko Brazylijczykowi Bruno. Ostatnimi czasy największą rolę w drużynie Jacka Zielińskiego odgrywali obcokrajowcy, chociaż Józef Wojciechowski w lecie kupował głównie Polaków, jednak oni nie rozegrali w barwach Polonii dobrej rundy.

Rozczarowali właśnie przede wszystkim nasi rodacy. Wzięci z Górnika Zabrze za spore pieniądze Daniel Sikorski i Grzegorz Bonin jedni z najlepiej piłkarzy w Ekstraklasie, poza sparingami oraz pojedynczymi meczami nie pokazali nic, co przekonałoby Zielińskiego do zatrzymania tych piłkarzy w zespole. Wojciechowski zapowiedział już sprzedaż skrzydłowego. Na pewno nie byli oni ściągani do Czarnych Koszul, by nie strzelić żadnego gola w rozgrywkach. Z Sikorskim wiązano największe nadzieje, miał zastąpić Artura Sobiecha i Ebiego Smolarka. Szybko jednak ze składu wygryzł go Łukasz Teodorczyk. To on wyrastał na pierwszego napastnika Polonii, gdy nagle dopadła go kontuzja. W 4 meczach zdobył 2 bramki. Młody napastnik wypadł ze składu aż do wiosny. Przez wielkiego pecha stracił szansę na regularną grę w podstawowej jedenastce. Kiedy wróci, może mieć duży problem z wygraniem rywalizacji z Canim, który na początku sezonu grał mocno przeciętnie. Dopiero im bliżej do świąt Bożego Narodzenia, tym Albańczyk się rozkręcał. Jest najlepszym strzelcem Polonii z 8 trafieniami na koncie. Może nie spełnił wszystkich pokładanych w nim oczekiwań, ale o miejsce w składzie może być na pewno spokojny. Dopóki zdobywa bramki jest pewnym punktem w warszawskim  zespole.


Na początku sezonu rozbłysnął talent Pawła Wszołka. Młody skrzydłowy dawał kapitalne zmiany, w pierwszym meczu Polonii zaliczył asystę. Szybko stał się ulubieńcem publiczności, ma dobry drybling, nie boi się pojedynków 1 na 1. Dysponuje dokładnym dośrodkowaniem i nigdy nie odpuszcza, zawsze walczy do końca. Z czasem wywalczył miejsce w podstawowej jedenastce, ale wtedy szło mu gorzej. Wydaje mi się, że ten młody pomocnik woli wchodzić z ławki. Przeciwko zmęczonym obrońcom może zaprezentować pełnię swoich umiejętności.


 Do czasu kontuzji na Konwiktorskiej rządził i dzielił Bruno, lider drużyny.  W czasie jego absencji Polonii praktycznie nic nie wychodziło. Dopiero kiedy Bruno powoli zdrowiał, Czarne Koszule nauczyły się grać bez niego. Jednym z najbardziej uniwersalnych graczy Polonii jest Pavel Sultes. Ten nominalny skrzydłowy może także grać na środku ataku, co udowodnił w kilku spotkaniach. Spisywał się wtedy lepiej od Caniego i Sikorskiego, ale po błysku Albańczyka wrócił na swoją nominalną pozycję  ponownie został skrzydłowym i gra całkiem nieźle. Ostatnio nawet zdobył ładnego gola w meczu z Wisłą Kraków.

Bardzo dobrze zaczął grać nasz środek pola. Tomasz Jodłowiec, po zmianie pozycji na defensywnego pomocnika gra jak profesor. Przejmuje piłki, dobrze podaje, często próbuje strzałów z dystansu, a kopyto ma naprawdę atomowe! Wydaje mi się, że Franciszek Smuda powinien sprawdzić go na innej pozycji niż dotychczas stopera. Reprezentacja może wtedy zyskać bardzo dobrego gracza. Obok Tomka gra kapitan stołecznego zespołu Łukasz Trałka. Na początku sezonu zgodnie przyłączałem się do chóru narzekań  wtedy wydawało się, że były gracz Lechii Gdańsk potrafi grać tylko do tyłu. Teraz sporo się zmieniło, ale i tak wydaje mi się, że ulubionymi zagraniami Łukasza są te do tyłu.

Jeśli chodzi o obronę, to bywało tu różnie. Na pierwszy rzut oka widać, iż transfer Marcina Baszczyńskiego był bardzo dobrym wyborem. Były gracz Wisły szybko wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce i nie zamierza go oddawać. Grał zarówno na boku, jak i na środku defensywy, ale spisywał się dobrze na obu pozycjach. Młodsi gracze mogą się sporo od niego nauczyć. Co prawda Baszczyński nie spodziewa się już powołania do reprezentacji, ale za to jego młodszy partner z obrony, Maciej Sadlok może na nie liczyć. Podczas tej rundy rywalizował przede wszystkim z Adamem Kokoszką, ale udowodnił, że jest od niego lepszy. Osobiście nie pokładałbym w Sadloku wielkich nadziei. Jeśli nie poprawi swojej wydolności i sprawności fizycznej, nie liczyłbym na jego grę na bardzo wysokim poziomie. Pamiętam, jak zawsze w końcówkach meczu dyszał ciężko i łapały go skurcze. Powinien być lepiej przygotowany do gry na pełnych obrotach przez 90 minut.

Po bokach defensywy długo grali obcokrajowcy. Co prawda na początku sezonu na grę na prawej obronę żadnych szans nie miał Aleksandar Todorovski, ale w miarę upływu czasu wyprzedził w klasyfikacji o walkę o podstawową jedenastkę Radka Mynarza, a potem zmusił do przeniesienia się na środek obrony Baszczyńskiego, ale nie skończył tej rundy jako ulubieniec  Zielińskiego. Właściwie to Aleksandar prezentował się bardzo dobrze, grał na wysokim poziomie. Zapamiętałem dobrze jego występ w meczu z Legią, zaprezentował się tam przyzwoicie. Po beznadziejnym meczu całej drużyny w Lubinie z Zagłębiem, przegranym wynikiem 0:1, kozłem ofiarnym został Todorovski. Pożegnał się z miejscem w podstawowej jedenastce. Zajął je Jakub Tosik, spisujący się całkiem przyzwoicie w ostatnich trzech meczach sezonu. Na lewej obronie od czasu spotkania z Legią gra Dorde Cotra, który rośnie nam na prawdziwego polonistę. Wygryzł ze składu Tomasza Brzyskiego i poza niektórymi fatalnymi dośrodkowaniami gra tak, jak oczekuje od niego szkoleniowiec klubu z Konwiktorskiej.

Na bramce pierwsze 9. kolejek bronił Sebastian Przyrowski, natomiast następne 8 Michał Gliwa. Przyroś trzykrotnie zachował czyste konto i 11 razy wyciągał piłkę z siatki. Najgorszym wspomnieniem golkipera w tej rundzie jest zapewne mecz wyjazdowy ze Śląskiem Wrocław, przegrany 4:0, na domiar złego - zmagał się ze stłuczeniem mięśnia czworogłowego. W następnym spotkaniu między słupkami zastąpił go Gliwa. Bramkarz spisał się bardzo dobrze. Niestety w ostatnich minutach meczu sędzia nie zauważył ręki Prejucy Nakoulmy, który po chwili zdobył bramkę i Gliwson był zmuszony wyciągnąć piłkę z siatki. Trener Zieliński stawiał już na niego do końca rundy, a bramkarz tylko 4 razy skapitulował. Gliwa bronił bardzo dobrze, zdarzały się słabsze mecze i babole, ale obraz jego występów jest bardziej korzystny co zaowocowało powołaniem do reprezentacji na mecz z Bośnią i Hercegowiną.  

 Warto zanotować, że Polonia, jako jedyna drużyna w Ekstraklasie nie zanotowała porażki na własnym stadionie! Możemy podejrzewać, że to dzięki dopingowi, który co prawda nie jest na najwyższym poziomie, ale w trudnych momentach zawsze pomaga zespołowi.

PS: Wpis nie powstałby, gdyby nie pomoc Dominika S.

piątek, 16 grudnia 2011
Losowanie 1/8 finału Ligi Mistrzów i 1/16 finału Ligi Europy.

Dzisiaj, o godzinie 12.00 w szwajcarskim Nyonie odbyło się losowanie 1/8 piłkarskiej Ligi Mistrzów. 

Pary 1/8 finału Ligi Mistrzów:

Bayer Leverkusen - FC Barcelona

FC Basel - Bayern Monachium

Olympique Marsylia - Inter Mediolan

Zenit Sankt Petersburg - Benfica Lizbona

CSKA Moskwa - Real Madryt

Napoli - Chelsea Londyn

AC Milan - Arsenal Londyn

Olympique Lyon - Apoel Nikozja

Hit:

Nie można nazwać praktycznie żadnego meczu wielkim hitem. Za ciekawszy od innych można wziąć pojedynek AC Milanu z Arsenalem Londyn, ale to właściwie wszystko. Włosi to zdecydowanie najlepszy zespół, który awansował do fazy pucharowej z drugiego miejsca, ale to z powodu grupy z obrońcą tytułu - FC Barceloną. Mimo to, Milan i tak będzie jednym z faworytów, przynajmniej do dojścia do półfinałów. Z kolei Arsenal wyszedł na prostą po kryzysie na początku sezonu. Kapitalnie gra żywa legenda Arsenalu, człowiek, który dla nich znaczy więcej niż nawet trener - Robin van Persie. Jakiś udział w powrocie Kanonierów na właściwe tory miał też Wojciech Szczęsny, właściwie obstawiając bramkę londyńczyków. Faworyt tego meczu jest jednak jasny: AC Milan.

Z innych boisk:

Główny pretendent do tytułu (FC Barcelona) trafił na długiego nieobecnego w Lidze Mistrzów - Bayer Leverkusen. Aptekarze, jak zresztą każda aktualnie drużyna, nie są faworytami w tym pojedynku. Nie mogą się pocieszyć nawet kontuzją Davida Villi, bo Alexis Sanchez udowodnił, że potrafi go godnie zastępować. Wielka niespodzianka tej jesieni, Apoel Nikozja trafił na rywala do ogrania - Olympique Lyon. Czy pogromca Wisły sprawi kolejną sensację, pokonując tym razem zespół z Francji? Rok temu takim kopciuszkiem była Kopenhaga, teraz z kolei zespół z Cypru próbuje namieszać w Lidze Mistrzów. Najlepszy zespół w fazie grupowej - Real Madryt - trafił na rywala, z którym nie powinien mieć żadnych problemów - CSKA Moskwa. Wreszcie Chelsea Londyn zmierzy się z Napoli. Nie jest to gigant europejskiego futbolu, ale na pewno nie można tego zespołu lekceważyć. W fazie grupowej włoska drużyna wygryzła zespół mający aspirację do wygrania całej LM - Manchester City. Ostatnio Chelsea również udało się wygrać z drużyną sponsorowaną przez Szejków, ale nikt w Londynie nie napawa się "hurraoptymizmem". Owszem, jest to rywal łatwiejszy od Milanu, ale i tak nikt nie spodziewa się lekkiej przeprawy. AVB również zachowuje ostrożność: Sądzę, że trafiła się nam jedna z najcięższych par. Napoli to klub, który reprezentuje miasto, a miasto mocno wspiera swoją drużynę. Mają ogromną rzeszę fanów. Napoli to jedna z najbardziej ekscytujących drużyn, nie ma co do tego wątpliwośći.

Pary 1/16 finału Ligi Europy:

FC Porto - Manchester City

Ajax Amsterdam - Manchester United

Lokomotiw Moskwa - Athletic Bilbao

Red Bull Salzburg - Metalist Charków

Stoke City - Valencia CF

Rubin Kazań - Olympiakos Pireus

AZ Alkmaar - RSC Anderlecht

Lazio Rzym - Atletico Madryt

Steaua Bukareszt - Twente Enschede

Viktoria Pilzno - Schalke Gelsenkirchen

WISŁA KRAKÓW - STANDARD LIEGE

Sporting Braga - Besiktas

Udinese Calcio - PAOK Saloniki

Trabzonspor - PSV Eindhoven

Hannover 96 - Club Brugge 

LEGIA WARSZAWA - SPORTING LIZBONA

Legia Warszawa:

Nie powiem, żeby Legia miała szczęście. Trafiła na dobrą drużynę z Portugalii. Z drugiej strony, nikt nie twierdził, że "Wojskowym" uda się przebrnąć eliminacje do LE, ci jednak poradzili sobie z nimi bez większego problemu. To samo w grupie - w słabą drużynę z Polski nikt nie wierzył, udało się jednak sprawić niespodziankę i mało brakowało, a podopieczni Macieja Skorży wygraliby swoją grupę. Andrzej Juskowiak twierdzi: - Wojskowi pokazali już, że mogą pokonać te faworyzowane drużyny. Trzeba mieć nadzieję, że na wiosnę będzie podobnie. 

Wisła Kraków:

Przeciwieństwo Legii - krakowska drużyna miała szczęście. Trafiła na Standart Liege, który do ogrania jest. Co by nie mówić, to nie jest drużyna pokroju Sportingu Braga, który rok temu wyeliminował Lecha i doszedł do finału. Nie można jej też od razu skreślać, ale nie należy się nastawiać na przegraną. Jeśli zdrowi i w dobrej formie będą Melikson i Małecki, Wisła powinna sobie poradzić z Belgami. Oceniam szansę 50 na 50, podobnie jak Kazimierz Moskal: Nie ma powodów do narzekań, ale też nie popadajmy w zbytni optymizm, gdyż w tym losowaniu nie było słabych drużyn.

sobota, 03 grudnia 2011
Lech, Czech i Rus oraz Grek

Franciszek Smuda oraz całe PZPN to ma jednak szczęście. Tuż po aferze korupcyjnej z Grzegorzem Latą w roli głównej nastąpiło losowanie grup na EURO 2012. Trafiliśmy na najłatwiejszą grupę z możliwych, jak to określił Rafał Stec – grupę nudy. Najsłabsze zespoły z wszystkich koszyków spotkały się razem. Te zespoły to: Polska (1. koszyk), Rosja (2. koszyk), Grecja (3. koszyk) i Czechy (4. koszyk).

Mieliśmy wyjątkowe szczęście, jeśli chodzi o szanse wyjścia Polaków z grupy, ale patrząc na widowisko – to już tak średnio. Spotkania z Grecją czy Czechami na pewno nie będą tak ekscytujące jak mecze z Szwecją, Anglią bądź Danią. Mimo wszystko narzekać nie zamierzam. W meczach z najsilniejszymi przeciwnikami, widowisko by było. Myślę, że mecz oglądało by się świetne. Widowisko? Kapitalne. Szkoda tylko, że jednostronne. Tylko najbardziej zadufany w sobie piłkarz/działacz PZPN mógłby stwierdzić, że nawiążemy równorzędną walkę z Portugalią czy Niemcami. Poza Robertem Lewandowskim, Łukaszem Piszczkiem i Wojtkiem Szczęsnym nasi zawodnicy nie są specjalnie rozpoznawani. Dlatego wszyscy chcieli nas wylosować. Musimy więc zdefiniować cel: chcieliśmy się cieszyć z awansu czy z wspaniałych meczów z Francją bądź inną europejską potęgą? Ja wolę to pierwsze, chociaż nie twierdzę, że wyjście z grupy jest już zapewnione. Jest tylko prawdopodobne. I to bardzo.

Tak jak w starodawnej legendzie spotkali się Lech, Czech i Rus. Tym razem dołączył do nich jeszcze Grek, mający nie mniejsze aspiracje – a także szanse – od pozostałych. Największe szanse – tak jak kiedyś terytorium – ma Rosja. Nie jesteśmy już od niej zależni, jak w czasach komunizmu, ale nie mamy tak silnej drużyny, aby pokonać były Związek Radziecki bez problemu. Tak szczerze, to wydaje mi się że jakoś żaden z rywali nie jest ani specjalnie silny, ani specjalnie słaby.

Na rozpoczęcie Mistrzostw Europy 2012 gramy z Grecją. Nie powinniśmy się przed tym zespołem ukorzyć, nie przypomina on drużyny z 2004 roku i sensacyjnego triumfu na Euro. Ostatnio zagraliśmy z nimi w Pireusie i naprawdę, wolę sobie tego meczu nie przypominać. Najlepiej o nim całkowicie zapomnieć, ale jeśli podobne spotkanie odbędzie się na Stadionie Narodowym, to nie będzie to dobra reklama tych Mistrzostw. Mogliśmy zagrać już nawet z Czechami – oni przynajmniej nie stosują tak bardzo opartej na defensywie taktyce. Jedyna nadzieja w Robercie Lewandowskim, który do Euro powinien wystrzelać się w Borussi Dortmund jeszcze bardziej. Grekom dobrze poszło w eliminacjach, nie przegrali nawet meczu! Wygrali siedem spotkań oraz zremisowali tylko trzy. Ten rywal może być dla nas najtrudniejszy albo może inaczej – najnudniejszy.

Drugi mecz rozegramy z faworytami grupy – Rosją. Akurat w tym spotkaniu, nie zdziwiłbym się z porażki. Jasne, zasmuciłaby mnie ona, ale ze „Sborną” wielkich szans nie mamy. Co dziwne, Rosjanie nie wyskakują z hurra-optymizmem. Roman Szirikow, obrońca Zenitu Sankt-Petersburg porównał tą grupę to ich grupy Ligi Mistrzów, gdzie gra właśnie jego rosyjski zespół. Sensacją tam jest Apoel Nikozja, pogromca Wisły, który zapewnił sobie awans już w 5 kolejce. Z kolei rosyjski zespół będzie musiał drżeć o niego do ostatniej chwili, walcząc o wyjście z grupy z FC Porto. Oby nasze mecze wyglądały tak samo, żeby teoretycznie najsłabsza drużyna – Polska – sprawiła sensację i pokonała większych i bogatszych od siebie.

Ostatni mecz w grupie – oby nie ostatni na Euro – rozegramy z Czechami. To rywal w miarę na naszym poziomie, chociaż nasi sąsiedzi są przekonani o swojej wyższości nad nami. No cóż, zobaczymy w Czerwcu, który zespół będzie lepiej przygotowany do gry. Zastanawia mnie jedno – czy ostatni mecz w grupie będzie meczem o honor czy może o awans? Bardzo bym chciał to drugie, ale czy nam się uda?

Bawi mnie sytuacja Ukrainy – grupa D. Tak praktycznie, to głównie dzięki nim mamy zapewnione Euro 2012, ale jeśli ktoś ma komuś zazdrościć, to oni nam. Mamy łatwą grupę, podczas gdy oni trafili na dwóch odwiecznie ze sobą rywalizujących rywali: Francję i Anglię oraz Szwecję z będącym ostatnio w kapitalnej formie Zlatanem Ibrahimovicem. Ukraińcy jednak nie zamierzają się poddawać, piątkowe losowanie przyjmują z całkowitym spokojem. Z kolei Anglicy mają mały kłopot, ponieważ gra z Trójkolorowymi nigdy im się nie układała, a w dodatku rozegrają wszystkie mecze grupowe na Ukrainie, podczas gdy wybrali na bazę Kraków. Zachwytu nie widać u Szwedów, którzy nie mają strasznie słabej sytuacji, ale do faworytów na pewno nie należą. Do nich należy za to Francją. Nie ma tam jednak oficjalnego stwierdzenia, iż Francja awansuje na pewno, dziennikarze oraz piłkarze wypowiadają się ostrożnie na temat tejże grupy.

To i tak nie jest grupa śmierci. Dwie najgorsze, a zarazem najlepsze grupy będą grały na Ukrainie. Oprócz wyżej wspomnianej grupy D, na ziemi naszych wschodnich sąsiądów zmierzą się giganci europejskiego futbolu z grupy B. Holandia, Dania, Niemcy, Portugalia. Nie trudno zgadnąć, kogo najbardziej zasmuciło losowanie. Tak, to Duńczycy. Jeden z największych dzienników w kraju pisze: „Spekulowaliśmy, rozważaliśmy różne warianty, ale niestety rzeczywistość okazała się wprost koszmarna. Sprawdziła się nasza najgorsza opcja. Uniknęliśmy Hiszpanów, mamy za to trzech rywali, którzy powodują, ze trafiliśmy do prawdziwej grupy strachu.” Nawet trener Danii - Morten Olsen -, nie daje fałszywej nadziei rodakom: W tej grupie jesteśmy najsłabsi. Faworytów w tej grupie nie trzeba dużo szukać, osobiście postawiłbym na Holandię oraz Niemcy – kolejno 2 i 3 drużynę świata. O pechu za to mogą znowu mówić Portugalczycy. Nie poszło im za dobrze w eliminacjach, za to bez problemu przeszli baraże. Trafili jednak, podobnie jak na Mistrzostwach Świata 2010 do grupy śmierci. I podejrzewam, że znowu ich licznik meczów na tak ważnej imprezie zatrzyma się na trzech.

Franciszek Smuda pragnął pocieszyć kibiców reprezentacji Polski, dlatego bezpośrednio po losowaniu udzielił bardzo przejmującej oraz dodającej ducha wypowiedzi: Czasami z tej trudnej grupy jest ciężej wyjść, niż z tej teoretycznie łatwiejszej.


 

niedziela, 30 października 2011
Przepiękny mecz na Stamford Bridge

Piękny mecz oglądaliśmy w sobotę na Stamford Bridge. Derby Londynu – Chelsea podejmowała Arsenal. Nie pamiętam, żebym w tym roku oglądał tak emocjonujące spotkanie. Przebija wszystko, łącznie z finałem Ligi Mistrzów, a nawet każdymi Grand Derby. Naprawdę, w tym meczu było wszystko. Dramaturgia, piękne gole, katastrofalne błędy, kapitalne zagrania i walka. Mnóstwo walki.

Mało było rzeczy, które w tym meczu mi się nie podobały. Przede wszystkim wynik, bo spotkanie zakończyło się porażką Chelsea 3:5 (!). Niestety niedobrze jest również z naszym bramkarzem – Petrem Cechem. W sezonie 2011/2012 tylko raz zachował czyste konto, a w tym meczu zawalił kilka bramek i nie popisał się jakąś kapitalną interwencją. Nie najlepiej zachował się również Jose Bosingwa, którego nie mogę pochwalić za ten mecz. Ogólnie cała obrona nie wyglądała zbyt dobrze. W pierwszej połowie świetnie zagrał Terry, popisując się kilka razy fenomenalnymi podaniami do kolegów z napadu i zdobywając ważne trafienie, ale w drugiej połowie się posypał. Atak zagrał lepiej, nie podobał mi się tylko Torres. Hiszpan w tym meczu przypominał tego Nando, którego nie chcielibyśmy pamiętać, z wiosny poprzedniego sezonu. Znowu dobre spotkanie zagrał Mata, na dobre wprowadzony do tego zespołu. Nie wyobrażam sobie aktualnie The Blues bez byłego gracza Valencii na skrzydle. Nasza pomoc wygląda z meczu na mecz coraz lepiej, nie zaszkodziła jej zmiana Raula Meirelesa na Ramiresa. Z kolei Frank Lampard udowadnia, że opinie krytyków o wyrzuceniu go z kadry nie mają podstaw, a chcący go zastąpić Josh McEachran będzie musiał jeszcze trochę poczekać.

Nie rozumiem fali krytyki, która spadła na Johna Terrego po tym meczu. Poza jednym błędem, fatalnym poślizgnięciem się w 85. minucie, kapitan The Blues zagrał przyzwoite spotkanie, szczególnie w pierwszej połowie. Przy stracie bramki większy błąd popełnił Florent Malouda, całkowicie bezproduktywny w tym spotkaniu. Źle wybrał. Nie powinien zagrywać do Anglika. Właśnie na taki błąd czyhał najlepszy snajper Arsenalu – Robin Van Persie. A więc gdy Malouda podał do JT za plecy, ten musiał odwrócić się i gonić piłkę. Na swoje nieszczęście poślizgnął się, a więc z podania Francuza wyszło idealne zagranie do RVP, który bez problemu minął Petra Cecha na linii 16. metra i trafił do pustej bramki.

Aktualnie nie ma Arsenalu bez Holendra. Jedynym strzelającym w zespole Arsena Wengera jest właśnie on. W 2011 roku strzelił dla swojego zespołu 35 goli we wszystkich rozgrywkach! Oprócz niego nie strzela praktycznie nikt. Drugi w liczbie trafień po Holendrze jest Theo Walcott, który ustrzelił dla Arsenalu... 8 bramek w 2011 roku. To pokazuje, jak uzależniony jest londyński zespół od RVP. W meczu z Chelsea też ustrzelił. Hat-tricka. Nie ma dzisiaj człowieka, który twierdziłby że Arsene Wenger źle postąpił powierzając mu opaskę kapitańską. Kiedyś egoista – dzisiaj człowiek, który dzieli się szampanem (nagrodą za najlepszego gracza meczu) z piłkarzem dla Kanonierów przyszłościowym – Aaronem Ramseyem. Jest prawdziwym liderem zespołu. Ostatnio Arsenal ratował Wojtek Szczęsny, ale akurat w tym spotkaniu nie wzniósł się na wyżyny swoich umiejętności. Przy golach nie miał nic do powiedzenia, zawiniła bardziej defensywa, szczególnie Mertezacker. Zastanawiam się tylko, czemu nie wyleciał z boiska za sytuację w 50. minucie. Przy stanie 2:2, Polak wyszedł z bramki, by powstrzymać szarżującego Cole'a. Agnlik bez problemu przerzucił piłkę nad interweniującym Szczęsnym, a ten sfaulował go. Sędzia mógł pokazać za to zagranie czerwoną kartkę, jednak tym razem zawodnika Arsenalu chronił los. Obejrzał tylko kartonik koloru żółtego.

No, ale koniec już rozmyśleń na temat Kanonierów. Wróćmy do tematu Chelsea. The Blues nie rozgrywali złego spotkania. Grali bardzo dobrze. Wbili Szczęsnemu trzy gole. Grali składnie, dobrze, podania dochodziły do siebie, wychodziły dalekie przerzutym, piłkarze myśleli na boisku. Jednak na bezlitośnie wykorzystujący błędy zespołu AVB Arsenal to nie wystarczyło. Ostatnie trzy bramki padły właśnie po złych decyzjach. Gol Walcotta to konsternacja w szeregach Chelsea. Nie można zostawić piłki na ziemi przy nogach tak szybkiego zawodnika i jej nie wybić albo chociaż nie podejmując prób jej wybicia. Ostatni gol to przykład klasycznej kontry. Tutaj przede wszystkim zawinił Cech, chociaż nie wiem, czy jest na świecie golkiper, który obroniłby bombę Van Persiego jedną ręką. To spotkanie zapamiętam jako dziwne przede wszystkim dlatego, że trzy bramki strzelone na swoim boisku powinny dawać zwycięstwo zawsze. To jest jednak futbol, a za coś go przecież kochamy, min. właśnie za nieprzewidywalność. W ramach ciekawostki przypomnę, że ostatni raz bramkarz Chelsea wyjmował 5 razy piłkę z siatki na Stamford Bridge w 1989 r., kiedy The Blues przegrali z Liverpoolem 2:5. Wynika z tego, że przez 22 lata nie straciliśmy na SB pięciu goli.

Ogólnie możemy się z cieszyć z gry Chelsea oraz zgrania zawodników. Nie odpowiada mi oczywiście wynik. Zawiodłem się przede wszystkim na Cechu. Sporo było indywidualnych błędów, mam nadzieję, że zostaną one poprawione.

 

czwartek, 29 września 2011
Co Kalou robi w Chelsea?

Mam jedno pytanie. Co jeszcze Salamon Kalou robi w Chelsea? Myślałem, że skończony w drużynie The Blues będzie już w tym sezonie, kiedy przyszła nowa, wymagająca konkurencja - Juan Mata, a przecież reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej i w poprzednim sezonie nie mieścił się w pierwszej jedenastce. Aktualnie w zespole Andre Villasa-Boasa znajduje się 4 napastników (nie liczę kontuzjowanego Sturridge'a) i 3 skrzydłowych. Oczywiście rzadko kiedy dwaj skrzydłowi grają od pierwszej minuty - zwykle zamiast Maloudy bądź Maty przy linii bocznej biega Anelka, Torres bądź Drogba.  

Na początku tego sezonu byłem rozczarowany, widząc Kalou w pierwszym składzie Chelsea. Zaprezentował się jednak słabo, przez co w następnych meczach szkoleniowiec The Blues nie był skłonny wystawiać go w pierwszej jedenastce. Dotychczas rozegrał więc trzy mecze w barwach niebieskich. Na boisku przebywał 111 minut. Niestety, wczoraj na stadionie Valencii również wszedł na boisko. Zmianę dał... no cóż, jakoś beznadziejnie nie grał, ale kibice Chelsea zapamiętają go głównie za głupie zagranie ręką w polu karnym. W 85. minucie, przy stanie 1:0, po rzucie rożnym Kalou wyskoczył do główki obok Pablo Piattiego. Zagrał piłkę ręka nad jego głową, przez co szansę na gola miał Robert Soldato. Nie zmarnował jej.

Z drugiej strony, Chelsea przegrała trochę na własne życzenie. Piłkarze AVB marnowali sytuacje jak natchnieni - dali okazję Diego Alvesovi do wykazania się i zostania najlepszym piłkarzem meczu. Mieli wiele setek, ale bramkę zdobył dopiero Frank Lampard (który trafił w LM po dwóch latach przerwy) po kapitalnym podaniu Florenta Maloudy. W końcówce meczu Anelka zmarnował piłkę meczową i remis stał się faktem. Grali dobrze wszyscy - tylko nie było komu goli strzelać. Valencia również miała kilka groźnych sytuacji, ale w bramce dobrze spisywał się Petr Cech. Chelsea lideruje w swojej grupie z 4 punktami na koncie.

Mam nadzieję, że po tym meczu Kalou na dobre straci zaufanie Boasa. Nie mówię tego, sfrustrowany po remisie z Nietoperzami. Prawdę mówiąc, Kalou w Chelsea nigdy mnie specjalnie nie zachwycał - już w kwietniu pisałem, że powinien odejść ze Stamford Bridge, a tydzień później ponawiałem apel o odejście napastnika

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8