Sportowy blog Tomka Mądrego.
środa, 07 marca 2012
297 dni

Czy się cieszę z odejścia Boasa? Nie wiem. Czy dał Chelsea coś dobrego? Tak. Zasłużył na zwolnienie? Mimo wszystko chyba tak. To nie była ta drużyna. Praktycznie każda Chelsea z okresu Abramowicza grała lepiej. Teraz pozostaje pytanie: kto obejmie sieroty po Portugalczyku?

Andre Villas-Boas przestał być trenerem Chelsea Londyn. Nie jest to znowu takie dziwne, patrząc na ostatnie wyniki ekipy z Londynu. Czarę goryczy przelała wyjazdowa porażka z West Bromwich Albion 0:1. Prawdę mówiąc, nie myślałem, żeby Portugalczyk miał jakiekolwiek szanse na zachowanie posady do końca sezonu po porażce z Napoli w 1/8 finału Ligi Mistrzów 1:3. A wiadomo, że Liga Mistrzów to rozgrywki najbardziej interesujące właściciela The Blues – Romana Abramowicza.

Chelsea za AVB grała… słabo, momentami wręcz fatalnie. Szczególnie zdenerwował mnie ostatni mecz The Blues. Beznamiętnie, ograniczając się do jak najmniejszego wysiłku i jak największego jego udawania. Nie wiem, czy Daniel Sturridge specjalnie zmarnował dwie stuprocentowe sytuacje, ale w każdym razie wszystko sprowadzało się do myśli – grać tak, aby AVB został zwolniony. Wyszło im.

Może i to właśnie Chelsea jako pierwsza w lidze pokonała Manchester City, ale nie można zapomnieć o innych meczach – 3:5 z Arsenalem na Stamford Bridge, jeden z pierwszych poważnych zawodów kibiców w tym sezonie. A inne? Pamiętacie jakie problemy mieliśmy z wyjściem z grupy w LM? Zagwarantowaliśmy je sobie dopiero ostatnim grupowym meczem – z Valencią, 3:0, moim zdaniem najlepszy mecz za kadencji Portugalczyka w Chelsea. Równie dobry mógł się wydawać mecz z Manchesterem United – 3:0 do przerwy i wielka przewaga piłkarzy z Londynu. Niestety, nawet takiej przewagi nie udało się zachować. Skończyło się na wyniku 3:3 i kolejna cegiełka do zwolnienia AVB została dołożona.

Andre Villas-Boas miał swoją filozofię futbolu. Przynajmniej tak się wydawało, kiedy wygrywał Ligę Europy razem z FC Porto. Potem coś się zepsuło. Albo może inaczej – sukcesy portugalskiego klubu to zarówno zasługa zawodników, jak i trenera. Trafił w końcu na Falcao, Hulka czy Joa Moutinho w życiowej formie. Aktualnie Porto trochę się rozsypało, ale to nie tylko przez odejście trenera – odszedł przecież najlepszy snajper Smoków, wspomniany wcześniej Falcao. Przeniósł się do Madrytu, do Atletico. Z Chelsea było inaczej. Młody, niespełna 35-letni trener na początku bez problemu dogadywał się z piłkarzami, ale gdy przyszły porażki, jego autorytet został mocno nadszarpnięty. Chodzącym legendom w tym klubie, jak Frank Lampard, John Terry czy Didier Drogba trudno mieć pełne zaufanie do prawie że swojego równolatka, praktycznie debiutanta w wielkim europejskim klubie. Andre Villas-Boas miał im przypomnieć o Jose Mourinho – trenerze, za którym wspomnieni piłkarze skoczyliby w ogień. Nie przypomniał. Piłkarze znowu wyglądali jak sieroty po The Special One. Poprzednikowi AVB, Carlo Ancelottiemu udało się sprawić, że Chelsea wyglądała dobrze, miała ambicję, zapomniała o Mourinho. Z kolei były trener Porto chyba tylko przypomniał graczom The Blues o byłym mentorze.

Jeśli chodzi o kwestie finansowe, to zatrudnienie Villasa-Boasa było gigantyczną stratą. Za sprowadzenie go na Stamford Bridge na pół roku Abramowicz zapłacił około 45 milionów Euro. Dodatkowo jeszcze transfery – min. Sprowadzenie Raula Meirelesa, którego ja w ogóle nie mogę zrozumieć. Tak zamierzał odmłodzić skład były trener? Niespełna 29-letnim zawodnikiem, który – bądźmy szczerzy – w trakcie półrocznego pobytu na SB nie pokazał nic, co stawiałoby go wyżej nad Frankiem Lampardem, co prawda kilka lat starszym, ale o kilka klas lepszym. W dodatku transfer Lukaku, za 18 milionów Euro. Jasne, zawodnik bardzo obiecujący, ale czy dostał poważną szansę? Nie! Marnuję się w rezerwach, podobnie jak Piazon.

Dotychczas wymieniałem same błędy AVB. Oczywiście były też pozytywy w jego ruchach transferowych czy w grze Chelsea za jego trenerki. Niekiedy występował ten „Sexy Footbal”, czyli coś, co naprawdę podobało się Romanowi Abramowiczowi. W niektórych meczach, szczególnie na początku sezonu, można było zauważyć tą ambicję, te dopracowane zagrania. Przykładem takiego spotkania był min. mecz z Valencią.

Transfery AVB również nie były taką straszną porażką. Przede wszystkim wyszedł mu jeden transfer – Juana Maty. Hiszpan był – moim zdaniem – najlepszym piłkarzem Chelsea za kadencji Villasa-Boasa, do spółki z Danielem Sturridgem. Te 23,5 miliona na pewno się nie zmarnowały. Poza Matą, były trener Chelsea nabył również Oriola Romeu – młodziutkiego piłkarza Barcelony, ukradzionego z jej szkółki. Kosztował 5 milionów, i to również nie były źle wydane pieniądze. Oriol nie stał się z miejsca podstawowym piłkarzem The Blues – sporo na to pracował, regularnie wychodzić w pierwszej jedenastce zaczął dopiero w grudniu. W każdym razie, opłacało się wykraść tego piłkarza Barcelonie. Niedawno doszedł też Gary Cahill z Boltonu – na razie nie potrafię stwierdzić czy to dobry ruch

Villas-Boas nie tylko kupował, a także sprzedawał. Nie ma już w Londynie Alexa (Paris Saint Germain) i Anelki (Shanghai Shenhua). Skład Chelsea został więc odmłodzony, ale nie przyniosło to zamierzonych efektów, chociaż prawdę mówiąc, Alex i Anelka raczej od dawna nie mieli miejsca w podstawowej jedenastce, a oni mają zbyt duże ambicje by siedzieć na ławce – nawet w takim klubie jak Chelsea.


piątek, 16 grudnia 2011
Losowanie 1/8 finału Ligi Mistrzów i 1/16 finału Ligi Europy.

Dzisiaj, o godzinie 12.00 w szwajcarskim Nyonie odbyło się losowanie 1/8 piłkarskiej Ligi Mistrzów. 

Pary 1/8 finału Ligi Mistrzów:

Bayer Leverkusen - FC Barcelona

FC Basel - Bayern Monachium

Olympique Marsylia - Inter Mediolan

Zenit Sankt Petersburg - Benfica Lizbona

CSKA Moskwa - Real Madryt

Napoli - Chelsea Londyn

AC Milan - Arsenal Londyn

Olympique Lyon - Apoel Nikozja

Hit:

Nie można nazwać praktycznie żadnego meczu wielkim hitem. Za ciekawszy od innych można wziąć pojedynek AC Milanu z Arsenalem Londyn, ale to właściwie wszystko. Włosi to zdecydowanie najlepszy zespół, który awansował do fazy pucharowej z drugiego miejsca, ale to z powodu grupy z obrońcą tytułu - FC Barceloną. Mimo to, Milan i tak będzie jednym z faworytów, przynajmniej do dojścia do półfinałów. Z kolei Arsenal wyszedł na prostą po kryzysie na początku sezonu. Kapitalnie gra żywa legenda Arsenalu, człowiek, który dla nich znaczy więcej niż nawet trener - Robin van Persie. Jakiś udział w powrocie Kanonierów na właściwe tory miał też Wojciech Szczęsny, właściwie obstawiając bramkę londyńczyków. Faworyt tego meczu jest jednak jasny: AC Milan.

Z innych boisk:

Główny pretendent do tytułu (FC Barcelona) trafił na długiego nieobecnego w Lidze Mistrzów - Bayer Leverkusen. Aptekarze, jak zresztą każda aktualnie drużyna, nie są faworytami w tym pojedynku. Nie mogą się pocieszyć nawet kontuzją Davida Villi, bo Alexis Sanchez udowodnił, że potrafi go godnie zastępować. Wielka niespodzianka tej jesieni, Apoel Nikozja trafił na rywala do ogrania - Olympique Lyon. Czy pogromca Wisły sprawi kolejną sensację, pokonując tym razem zespół z Francji? Rok temu takim kopciuszkiem była Kopenhaga, teraz z kolei zespół z Cypru próbuje namieszać w Lidze Mistrzów. Najlepszy zespół w fazie grupowej - Real Madryt - trafił na rywala, z którym nie powinien mieć żadnych problemów - CSKA Moskwa. Wreszcie Chelsea Londyn zmierzy się z Napoli. Nie jest to gigant europejskiego futbolu, ale na pewno nie można tego zespołu lekceważyć. W fazie grupowej włoska drużyna wygryzła zespół mający aspirację do wygrania całej LM - Manchester City. Ostatnio Chelsea również udało się wygrać z drużyną sponsorowaną przez Szejków, ale nikt w Londynie nie napawa się "hurraoptymizmem". Owszem, jest to rywal łatwiejszy od Milanu, ale i tak nikt nie spodziewa się lekkiej przeprawy. AVB również zachowuje ostrożność: Sądzę, że trafiła się nam jedna z najcięższych par. Napoli to klub, który reprezentuje miasto, a miasto mocno wspiera swoją drużynę. Mają ogromną rzeszę fanów. Napoli to jedna z najbardziej ekscytujących drużyn, nie ma co do tego wątpliwośći.

Pary 1/16 finału Ligi Europy:

FC Porto - Manchester City

Ajax Amsterdam - Manchester United

Lokomotiw Moskwa - Athletic Bilbao

Red Bull Salzburg - Metalist Charków

Stoke City - Valencia CF

Rubin Kazań - Olympiakos Pireus

AZ Alkmaar - RSC Anderlecht

Lazio Rzym - Atletico Madryt

Steaua Bukareszt - Twente Enschede

Viktoria Pilzno - Schalke Gelsenkirchen

WISŁA KRAKÓW - STANDARD LIEGE

Sporting Braga - Besiktas

Udinese Calcio - PAOK Saloniki

Trabzonspor - PSV Eindhoven

Hannover 96 - Club Brugge 

LEGIA WARSZAWA - SPORTING LIZBONA

Legia Warszawa:

Nie powiem, żeby Legia miała szczęście. Trafiła na dobrą drużynę z Portugalii. Z drugiej strony, nikt nie twierdził, że "Wojskowym" uda się przebrnąć eliminacje do LE, ci jednak poradzili sobie z nimi bez większego problemu. To samo w grupie - w słabą drużynę z Polski nikt nie wierzył, udało się jednak sprawić niespodziankę i mało brakowało, a podopieczni Macieja Skorży wygraliby swoją grupę. Andrzej Juskowiak twierdzi: - Wojskowi pokazali już, że mogą pokonać te faworyzowane drużyny. Trzeba mieć nadzieję, że na wiosnę będzie podobnie. 

Wisła Kraków:

Przeciwieństwo Legii - krakowska drużyna miała szczęście. Trafiła na Standart Liege, który do ogrania jest. Co by nie mówić, to nie jest drużyna pokroju Sportingu Braga, który rok temu wyeliminował Lecha i doszedł do finału. Nie można jej też od razu skreślać, ale nie należy się nastawiać na przegraną. Jeśli zdrowi i w dobrej formie będą Melikson i Małecki, Wisła powinna sobie poradzić z Belgami. Oceniam szansę 50 na 50, podobnie jak Kazimierz Moskal: Nie ma powodów do narzekań, ale też nie popadajmy w zbytni optymizm, gdyż w tym losowaniu nie było słabych drużyn.

sobota, 03 grudnia 2011
Lech, Czech i Rus oraz Grek

Franciszek Smuda oraz całe PZPN to ma jednak szczęście. Tuż po aferze korupcyjnej z Grzegorzem Latą w roli głównej nastąpiło losowanie grup na EURO 2012. Trafiliśmy na najłatwiejszą grupę z możliwych, jak to określił Rafał Stec – grupę nudy. Najsłabsze zespoły z wszystkich koszyków spotkały się razem. Te zespoły to: Polska (1. koszyk), Rosja (2. koszyk), Grecja (3. koszyk) i Czechy (4. koszyk).

Mieliśmy wyjątkowe szczęście, jeśli chodzi o szanse wyjścia Polaków z grupy, ale patrząc na widowisko – to już tak średnio. Spotkania z Grecją czy Czechami na pewno nie będą tak ekscytujące jak mecze z Szwecją, Anglią bądź Danią. Mimo wszystko narzekać nie zamierzam. W meczach z najsilniejszymi przeciwnikami, widowisko by było. Myślę, że mecz oglądało by się świetne. Widowisko? Kapitalne. Szkoda tylko, że jednostronne. Tylko najbardziej zadufany w sobie piłkarz/działacz PZPN mógłby stwierdzić, że nawiążemy równorzędną walkę z Portugalią czy Niemcami. Poza Robertem Lewandowskim, Łukaszem Piszczkiem i Wojtkiem Szczęsnym nasi zawodnicy nie są specjalnie rozpoznawani. Dlatego wszyscy chcieli nas wylosować. Musimy więc zdefiniować cel: chcieliśmy się cieszyć z awansu czy z wspaniałych meczów z Francją bądź inną europejską potęgą? Ja wolę to pierwsze, chociaż nie twierdzę, że wyjście z grupy jest już zapewnione. Jest tylko prawdopodobne. I to bardzo.

Tak jak w starodawnej legendzie spotkali się Lech, Czech i Rus. Tym razem dołączył do nich jeszcze Grek, mający nie mniejsze aspiracje – a także szanse – od pozostałych. Największe szanse – tak jak kiedyś terytorium – ma Rosja. Nie jesteśmy już od niej zależni, jak w czasach komunizmu, ale nie mamy tak silnej drużyny, aby pokonać były Związek Radziecki bez problemu. Tak szczerze, to wydaje mi się że jakoś żaden z rywali nie jest ani specjalnie silny, ani specjalnie słaby.

Na rozpoczęcie Mistrzostw Europy 2012 gramy z Grecją. Nie powinniśmy się przed tym zespołem ukorzyć, nie przypomina on drużyny z 2004 roku i sensacyjnego triumfu na Euro. Ostatnio zagraliśmy z nimi w Pireusie i naprawdę, wolę sobie tego meczu nie przypominać. Najlepiej o nim całkowicie zapomnieć, ale jeśli podobne spotkanie odbędzie się na Stadionie Narodowym, to nie będzie to dobra reklama tych Mistrzostw. Mogliśmy zagrać już nawet z Czechami – oni przynajmniej nie stosują tak bardzo opartej na defensywie taktyce. Jedyna nadzieja w Robercie Lewandowskim, który do Euro powinien wystrzelać się w Borussi Dortmund jeszcze bardziej. Grekom dobrze poszło w eliminacjach, nie przegrali nawet meczu! Wygrali siedem spotkań oraz zremisowali tylko trzy. Ten rywal może być dla nas najtrudniejszy albo może inaczej – najnudniejszy.

Drugi mecz rozegramy z faworytami grupy – Rosją. Akurat w tym spotkaniu, nie zdziwiłbym się z porażki. Jasne, zasmuciłaby mnie ona, ale ze „Sborną” wielkich szans nie mamy. Co dziwne, Rosjanie nie wyskakują z hurra-optymizmem. Roman Szirikow, obrońca Zenitu Sankt-Petersburg porównał tą grupę to ich grupy Ligi Mistrzów, gdzie gra właśnie jego rosyjski zespół. Sensacją tam jest Apoel Nikozja, pogromca Wisły, który zapewnił sobie awans już w 5 kolejce. Z kolei rosyjski zespół będzie musiał drżeć o niego do ostatniej chwili, walcząc o wyjście z grupy z FC Porto. Oby nasze mecze wyglądały tak samo, żeby teoretycznie najsłabsza drużyna – Polska – sprawiła sensację i pokonała większych i bogatszych od siebie.

Ostatni mecz w grupie – oby nie ostatni na Euro – rozegramy z Czechami. To rywal w miarę na naszym poziomie, chociaż nasi sąsiedzi są przekonani o swojej wyższości nad nami. No cóż, zobaczymy w Czerwcu, który zespół będzie lepiej przygotowany do gry. Zastanawia mnie jedno – czy ostatni mecz w grupie będzie meczem o honor czy może o awans? Bardzo bym chciał to drugie, ale czy nam się uda?

Bawi mnie sytuacja Ukrainy – grupa D. Tak praktycznie, to głównie dzięki nim mamy zapewnione Euro 2012, ale jeśli ktoś ma komuś zazdrościć, to oni nam. Mamy łatwą grupę, podczas gdy oni trafili na dwóch odwiecznie ze sobą rywalizujących rywali: Francję i Anglię oraz Szwecję z będącym ostatnio w kapitalnej formie Zlatanem Ibrahimovicem. Ukraińcy jednak nie zamierzają się poddawać, piątkowe losowanie przyjmują z całkowitym spokojem. Z kolei Anglicy mają mały kłopot, ponieważ gra z Trójkolorowymi nigdy im się nie układała, a w dodatku rozegrają wszystkie mecze grupowe na Ukrainie, podczas gdy wybrali na bazę Kraków. Zachwytu nie widać u Szwedów, którzy nie mają strasznie słabej sytuacji, ale do faworytów na pewno nie należą. Do nich należy za to Francją. Nie ma tam jednak oficjalnego stwierdzenia, iż Francja awansuje na pewno, dziennikarze oraz piłkarze wypowiadają się ostrożnie na temat tejże grupy.

To i tak nie jest grupa śmierci. Dwie najgorsze, a zarazem najlepsze grupy będą grały na Ukrainie. Oprócz wyżej wspomnianej grupy D, na ziemi naszych wschodnich sąsiądów zmierzą się giganci europejskiego futbolu z grupy B. Holandia, Dania, Niemcy, Portugalia. Nie trudno zgadnąć, kogo najbardziej zasmuciło losowanie. Tak, to Duńczycy. Jeden z największych dzienników w kraju pisze: „Spekulowaliśmy, rozważaliśmy różne warianty, ale niestety rzeczywistość okazała się wprost koszmarna. Sprawdziła się nasza najgorsza opcja. Uniknęliśmy Hiszpanów, mamy za to trzech rywali, którzy powodują, ze trafiliśmy do prawdziwej grupy strachu.” Nawet trener Danii - Morten Olsen -, nie daje fałszywej nadziei rodakom: W tej grupie jesteśmy najsłabsi. Faworytów w tej grupie nie trzeba dużo szukać, osobiście postawiłbym na Holandię oraz Niemcy – kolejno 2 i 3 drużynę świata. O pechu za to mogą znowu mówić Portugalczycy. Nie poszło im za dobrze w eliminacjach, za to bez problemu przeszli baraże. Trafili jednak, podobnie jak na Mistrzostwach Świata 2010 do grupy śmierci. I podejrzewam, że znowu ich licznik meczów na tak ważnej imprezie zatrzyma się na trzech.

Franciszek Smuda pragnął pocieszyć kibiców reprezentacji Polski, dlatego bezpośrednio po losowaniu udzielił bardzo przejmującej oraz dodającej ducha wypowiedzi: Czasami z tej trudnej grupy jest ciężej wyjść, niż z tej teoretycznie łatwiejszej.


 

niedziela, 30 października 2011
Przepiękny mecz na Stamford Bridge

Piękny mecz oglądaliśmy w sobotę na Stamford Bridge. Derby Londynu – Chelsea podejmowała Arsenal. Nie pamiętam, żebym w tym roku oglądał tak emocjonujące spotkanie. Przebija wszystko, łącznie z finałem Ligi Mistrzów, a nawet każdymi Grand Derby. Naprawdę, w tym meczu było wszystko. Dramaturgia, piękne gole, katastrofalne błędy, kapitalne zagrania i walka. Mnóstwo walki.

Mało było rzeczy, które w tym meczu mi się nie podobały. Przede wszystkim wynik, bo spotkanie zakończyło się porażką Chelsea 3:5 (!). Niestety niedobrze jest również z naszym bramkarzem – Petrem Cechem. W sezonie 2011/2012 tylko raz zachował czyste konto, a w tym meczu zawalił kilka bramek i nie popisał się jakąś kapitalną interwencją. Nie najlepiej zachował się również Jose Bosingwa, którego nie mogę pochwalić za ten mecz. Ogólnie cała obrona nie wyglądała zbyt dobrze. W pierwszej połowie świetnie zagrał Terry, popisując się kilka razy fenomenalnymi podaniami do kolegów z napadu i zdobywając ważne trafienie, ale w drugiej połowie się posypał. Atak zagrał lepiej, nie podobał mi się tylko Torres. Hiszpan w tym meczu przypominał tego Nando, którego nie chcielibyśmy pamiętać, z wiosny poprzedniego sezonu. Znowu dobre spotkanie zagrał Mata, na dobre wprowadzony do tego zespołu. Nie wyobrażam sobie aktualnie The Blues bez byłego gracza Valencii na skrzydle. Nasza pomoc wygląda z meczu na mecz coraz lepiej, nie zaszkodziła jej zmiana Raula Meirelesa na Ramiresa. Z kolei Frank Lampard udowadnia, że opinie krytyków o wyrzuceniu go z kadry nie mają podstaw, a chcący go zastąpić Josh McEachran będzie musiał jeszcze trochę poczekać.

Nie rozumiem fali krytyki, która spadła na Johna Terrego po tym meczu. Poza jednym błędem, fatalnym poślizgnięciem się w 85. minucie, kapitan The Blues zagrał przyzwoite spotkanie, szczególnie w pierwszej połowie. Przy stracie bramki większy błąd popełnił Florent Malouda, całkowicie bezproduktywny w tym spotkaniu. Źle wybrał. Nie powinien zagrywać do Anglika. Właśnie na taki błąd czyhał najlepszy snajper Arsenalu – Robin Van Persie. A więc gdy Malouda podał do JT za plecy, ten musiał odwrócić się i gonić piłkę. Na swoje nieszczęście poślizgnął się, a więc z podania Francuza wyszło idealne zagranie do RVP, który bez problemu minął Petra Cecha na linii 16. metra i trafił do pustej bramki.

Aktualnie nie ma Arsenalu bez Holendra. Jedynym strzelającym w zespole Arsena Wengera jest właśnie on. W 2011 roku strzelił dla swojego zespołu 35 goli we wszystkich rozgrywkach! Oprócz niego nie strzela praktycznie nikt. Drugi w liczbie trafień po Holendrze jest Theo Walcott, który ustrzelił dla Arsenalu... 8 bramek w 2011 roku. To pokazuje, jak uzależniony jest londyński zespół od RVP. W meczu z Chelsea też ustrzelił. Hat-tricka. Nie ma dzisiaj człowieka, który twierdziłby że Arsene Wenger źle postąpił powierzając mu opaskę kapitańską. Kiedyś egoista – dzisiaj człowiek, który dzieli się szampanem (nagrodą za najlepszego gracza meczu) z piłkarzem dla Kanonierów przyszłościowym – Aaronem Ramseyem. Jest prawdziwym liderem zespołu. Ostatnio Arsenal ratował Wojtek Szczęsny, ale akurat w tym spotkaniu nie wzniósł się na wyżyny swoich umiejętności. Przy golach nie miał nic do powiedzenia, zawiniła bardziej defensywa, szczególnie Mertezacker. Zastanawiam się tylko, czemu nie wyleciał z boiska za sytuację w 50. minucie. Przy stanie 2:2, Polak wyszedł z bramki, by powstrzymać szarżującego Cole'a. Agnlik bez problemu przerzucił piłkę nad interweniującym Szczęsnym, a ten sfaulował go. Sędzia mógł pokazać za to zagranie czerwoną kartkę, jednak tym razem zawodnika Arsenalu chronił los. Obejrzał tylko kartonik koloru żółtego.

No, ale koniec już rozmyśleń na temat Kanonierów. Wróćmy do tematu Chelsea. The Blues nie rozgrywali złego spotkania. Grali bardzo dobrze. Wbili Szczęsnemu trzy gole. Grali składnie, dobrze, podania dochodziły do siebie, wychodziły dalekie przerzutym, piłkarze myśleli na boisku. Jednak na bezlitośnie wykorzystujący błędy zespołu AVB Arsenal to nie wystarczyło. Ostatnie trzy bramki padły właśnie po złych decyzjach. Gol Walcotta to konsternacja w szeregach Chelsea. Nie można zostawić piłki na ziemi przy nogach tak szybkiego zawodnika i jej nie wybić albo chociaż nie podejmując prób jej wybicia. Ostatni gol to przykład klasycznej kontry. Tutaj przede wszystkim zawinił Cech, chociaż nie wiem, czy jest na świecie golkiper, który obroniłby bombę Van Persiego jedną ręką. To spotkanie zapamiętam jako dziwne przede wszystkim dlatego, że trzy bramki strzelone na swoim boisku powinny dawać zwycięstwo zawsze. To jest jednak futbol, a za coś go przecież kochamy, min. właśnie za nieprzewidywalność. W ramach ciekawostki przypomnę, że ostatni raz bramkarz Chelsea wyjmował 5 razy piłkę z siatki na Stamford Bridge w 1989 r., kiedy The Blues przegrali z Liverpoolem 2:5. Wynika z tego, że przez 22 lata nie straciliśmy na SB pięciu goli.

Ogólnie możemy się z cieszyć z gry Chelsea oraz zgrania zawodników. Nie odpowiada mi oczywiście wynik. Zawiodłem się przede wszystkim na Cechu. Sporo było indywidualnych błędów, mam nadzieję, że zostaną one poprawione.

 

czwartek, 29 września 2011
Co Kalou robi w Chelsea?

Mam jedno pytanie. Co jeszcze Salamon Kalou robi w Chelsea? Myślałem, że skończony w drużynie The Blues będzie już w tym sezonie, kiedy przyszła nowa, wymagająca konkurencja - Juan Mata, a przecież reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej i w poprzednim sezonie nie mieścił się w pierwszej jedenastce. Aktualnie w zespole Andre Villasa-Boasa znajduje się 4 napastników (nie liczę kontuzjowanego Sturridge'a) i 3 skrzydłowych. Oczywiście rzadko kiedy dwaj skrzydłowi grają od pierwszej minuty - zwykle zamiast Maloudy bądź Maty przy linii bocznej biega Anelka, Torres bądź Drogba.  

Na początku tego sezonu byłem rozczarowany, widząc Kalou w pierwszym składzie Chelsea. Zaprezentował się jednak słabo, przez co w następnych meczach szkoleniowiec The Blues nie był skłonny wystawiać go w pierwszej jedenastce. Dotychczas rozegrał więc trzy mecze w barwach niebieskich. Na boisku przebywał 111 minut. Niestety, wczoraj na stadionie Valencii również wszedł na boisko. Zmianę dał... no cóż, jakoś beznadziejnie nie grał, ale kibice Chelsea zapamiętają go głównie za głupie zagranie ręką w polu karnym. W 85. minucie, przy stanie 1:0, po rzucie rożnym Kalou wyskoczył do główki obok Pablo Piattiego. Zagrał piłkę ręka nad jego głową, przez co szansę na gola miał Robert Soldato. Nie zmarnował jej.

Z drugiej strony, Chelsea przegrała trochę na własne życzenie. Piłkarze AVB marnowali sytuacje jak natchnieni - dali okazję Diego Alvesovi do wykazania się i zostania najlepszym piłkarzem meczu. Mieli wiele setek, ale bramkę zdobył dopiero Frank Lampard (który trafił w LM po dwóch latach przerwy) po kapitalnym podaniu Florenta Maloudy. W końcówce meczu Anelka zmarnował piłkę meczową i remis stał się faktem. Grali dobrze wszyscy - tylko nie było komu goli strzelać. Valencia również miała kilka groźnych sytuacji, ale w bramce dobrze spisywał się Petr Cech. Chelsea lideruje w swojej grupie z 4 punktami na koncie.

Mam nadzieję, że po tym meczu Kalou na dobre straci zaufanie Boasa. Nie mówię tego, sfrustrowany po remisie z Nietoperzami. Prawdę mówiąc, Kalou w Chelsea nigdy mnie specjalnie nie zachwycał - już w kwietniu pisałem, że powinien odejść ze Stamford Bridge, a tydzień później ponawiałem apel o odejście napastnika

środa, 24 sierpnia 2011
Kolejny rok czekania

Z jednej strony kompromitacja - przegrać z drużyną z Cypru. Z drugiej strony, jeśli popatrzymy jak ta drużyna cypryjska grała to nie jest wstyd. Ciekawe tylko, ile oni punktów zdobędą w fazie grupowej LM. To po części zweryfikuje siły mistrza polski na występ w tych elitarnych rozgrywkach.

Wisła Kraków przegrała dwumecz z Apoelem Nikozją 2:3. Z jednej strony, zabrakło niewiele, jednej bramki - tylko że strzelenie jednej bramki na Cyprze było trudne. Bardzo trudne. Wiśle udało to się po fantastycznym podaniu Illieva i równie dobrym strzale Wilka. Nie wiedzieć czemu, Apoel wtedy się cofnął. Biała Gwiazda miała wtedy kilka minut dominacji. Drugiego gola jednak nie mogła strzelić, nie oszukujmy się - nie było szans. Z kolei Cypryjczycy strzelili dwie bramki po fenomenalnych akcjach. Motorem napędowym drużyny z Nikozji był Iwan Triczkowski, który zaliczył dwie asysty do dwóch trafień Ailtona. Macedończyk co jakiś czas nękał naszą obronę rajdami po obu flankach boiska. Mnóstwo problemów sprawił nie tylko Juniorowi Diazie, ale i całej obronie Wisły. Nie popisał się w tym spotkaniu Siergiej Pareiko, wrzucając piłkę do własnej bramki. Nie, nie zagrał źle. Po prostu gdyby nie puścił tego babola najpewniej zostałby bohaterem Wisły. 

Zgadzam się z Michałem Polem, który twierdzi że Wisłę zawiedli cudoziemcy. Zabrakło błysku Meliksona, solidności Chaveza, zaangażowania Lameya... Wciąż się zastanawiam, co ten Lamey robi w Krakowie? Czemu odrzucono Erika Cikosza, dużo młodszego słowaka, który w sezonie 2010/2011 spisywał się całkiem przyzwoicie. Z kolei Lamey, którego każdy piłkarz Apoelu wyprzedzał na krótkim sprincie o kilka metrów. Ba - nie tylko Apoelu, zostawiali go za plecami również zawodnicy Liteksu Łowecz! Poważnie, w czym on jest lepszy od Cikosza, poza graniem głową? 

Niestety pomoc nie spisywała się lepiej. Jak już napisałem, brakowało błysku Meliksona w całym dwumeczu. Posłał jedynie kilka dobrych piłek do kolegów i zagrał dwie kapitalne podania do Genkowa, który je zmarnował, po raz kolejny srodze zawodząc. Czemu za Bułgara nie wyszedł w pierwszym składzie Biton? Czy to ma związek ze słabym meczem z Koroną, kiedy zmarnował kilka okazji? Wątpię, po prostu Maaskant ma wielkie zaufanie do Genkowa. Myślę, że za duże. Nie za dobrze zagrał też dzisiaj Nunez, ale to mnie nawet za bardzo nie dziwi - nie odnalazł się na prawym skrzydle, powinien grać na pozycji defensywnego pomocnika. Małecki był bezproduktywny, na siłę szukał dryblingów i indywidualnych akcji Nieźle spisał się Czarek Wilk, dobrą zmianę w ofensywie dał Illiev. Kiedy Serb wracał się do obrony, Tryczkowski bądź Manduca kiwali go zawsze - na raz.

Czegoś zabrakło. W każdym razie piłkarze przeżywali to bardzo. Płakali w szatni. Po przegranej długo leżeli na boisku i nie chcieli wstać. Szkoda. Naprawdę, wielka szkoda. Jestem przekonany, że gdyby rewanż odbył się w Krakowie mecz mógłby potoczyć się inaczej. Mam tylko nadzieję, że następnych meczów Wisły nie będzie komentował już Kowal, który potrafi wychwalać chyba wszystkie drużyny oprócz polskich. Nie wychwala nawet Legii, w której przecież grał przez sześć lat. Czy Wisła będzie przykładem FC Kopenhagi, która poległa z Apoelem w takim samym stosunku bramek, a potem awansowała w pięknym stylu do 1/8 Ligi Mistrzów? Oby.

czwartek, 04 sierpnia 2011
Na start - Ekstraklasa

Wraca Ekstraklasa. W nowym wydaniu, na dwóch nowych kanałach, z większą liczbą... obcokrajowców. Pozytyw to może nie jest, ale można się go doszukać prawie we wszystkim innym. Nowe, mogące pomieścić sporą liczbę graczy stadiony, większe pensje, zwiększone – w porównaniu do poprzedniego roku – budżety klubów.

Większe pieniądze przyciągają graczy zza granicy – niestety w większości starszych, wypalonych, dla których Polska jest ostatnim przystankiem w karierze. Piłkarze ci zwykle nie zachwycają, często są po prostu solidni, jak Kew Jaliens, który zarówno z AZ Alkmar jak i z reprezentacją Holandii osiągnął co chciał, a teraz z Wisłą Kraków próbuje dostać się do Ligi Mistrzów, której już smaku zaznał, grając w kraju tulipanów.

Ekstraklasa się zmienia. Moim zdaniem – na lepsze. Nareszcie o mistrzostwo nie powinny walczyć trzy kluby (Lech, Legia i Wisła, czyli Wielka Trójka), tylko co najmniej pięć. Oprócz wcześniej wymienionych, do walki o el. LM powinny się także włączyć Polonia Warszawa i Śląsk Wrocław. Oczywiście, wszystko zweryfikuje sezon, ale Czarne Koszule i wicemistrzowie Ekstraklasy mają najlepszych trenerów w Polsce. Zarówno Jacek Zieliński jak i Orest Lenczyk są świetnymi szkoleniowcami, a w połączeniu z dobrymi drużynami i wartościowymi wzmocnieniami mogą pokusić się o wysoką lokatę końcową. Osobiście wyżej jak na razie postawiłbym zespół wrocławian. Śląsk nareszcie ma stadion z prawdziwego zdarzenia, właścicieli, którzy zaczęli się nim interesować. W dodatku podopieczni Lenczyka grają w eliminacjach do LE, ale czy to przekleństwo, czy pomoc dla zawodników nie wiadomo. Lech Poznań, grając w fazie grupowej LE na jesieni słabo spisywał się w lidze, a kiedy na wiosnę wyeliminowała go Braga, stał się trzecią drużyną wiosny. Śląsk ma jednak problem z kontuzjami. Urazy trapią Przemysława Kazimierczaka i Jarosława Fojuta, którzy zdrowi graliby regularnie w Śląsku. W dodatku Polonia – jak zawsze będzie musiała uważać na wybuchowego właściciela, który po kilku przegranych meczach nie zawaha się zwolnić szkoleniowca. Miejmy nadzieję, że Robert Jeż i spółka doprowadzą Czarne Koszule na podium.

Inny kandydat do bycia na podium, Legia, podobnie jak Polonia jest niewiadomą. Od podopiecznych Macieja Skorży zawsze oczekuje się mistrzostwa. W tym sezonie oczekiwania będą wzmocnione. Obecność w klubie Michała Żewłakowa, chęć zrehabilitowania się za poprzedni – mimo wszystko słaby – sezon, udane transfery – to powinno sprawić, iż Legia będzie liczyła się w walce o europejskie puchary. Chociaż niewątpliwie byliby silniejsi, gdyby Macieja Skorżę „wypi******* dyscyplinarnie”. Najmocniejsza na chwilę obecną jest Wisła, ale mimo zapowiedzi Roberta Maskaanta o dwóch równych jedenastkach, Biała Gwiazda, jeśli się zakwalifikuje do LE/LM może mieć problem z graniem na tym samym poziomie także w lidze. Dochodzi także przemęczenie jej największego atutu – Maora Meliksona, jednego z najlepszych obcokrajowców jacy zawitali do Ekstraklasy w całej jej historii. Ciekawi mnie również postawa Lecha, który co prawda w sparingach nie wypadł dobrze, ale w stosunku do poprzedniego sezonu osłabił się tylko stratą Bartosza Bosackiego, kończącego karierę. Z Poznania nie odszedł ani Rudnevs, ani Stilic, ani Kriwiec, czyli wszyscy piłkarze łączeni z opuszczeniem Polski. W dodatku doszedł młody, zdolny, kreatywny Bułgar, Aleksandyr Tonew. Skrzydłowy, jakiego Lechowi brakowało od odejścia Peszki. Teraz Kolejorz nie ma tylko trenera z prawdziwego zdarzenia.

Na czarnego konia rozgrywek upatrzyłem sobie – nie będę oryginalny – Zagłębie Lubin. Miedziowi mają nowych piłkarzy, dobrego trenera, a także spokój działaczy, na który nie może sobie pozwolić każdy klub Ekstraklasy. Zespół Jana Urbana pozbył się tylko dwóch wartościowych piłkarzy z poprzedniego sezonu, – Plizgi i Bartczaka, odeszli do Jagielloni – ale za to wzmocnił się aż sześcioma graczami, z których co najmniej pięciu powinno wybiegać w wyjściowej jedenastce lubinian. Zagłębie ma spory potencjał w ofensywie, szczególnie teraz, gdy do Pawłowskiego i Traore dołączyli Małkowski i Sernas. Gorzej wygląda defensywa. Obrona, z wyjątkiem bramkarza – przynajmniej na papierze – prezentuje się fatalnie. W minionym sezonie podopieczni Urbana stracili aż 38 bramek, więcej goli wbito tylko Koronie, Górnikowi, Cracovii i dwóm spadkowiczom. Jeśli Zagłębie chce naprawdę aspirować do gry w pucharach, musi przede wszystkim poprawić obronę.

O nic – a może inaczej, „teoretycznie o puchary” - będzie walczył Górnik Zabrze, PGE GKS Bełchatów i Cracovia Kraków. To będą ligowe średniaki, które nie powinny walczyć ani o utrzymanie, ani o miejsce w europejskich pucharach. W Bełchatowie, mimo przyjścia Kamila Kosowskiego, na mecze będzie przychodziło za mało ludzi. Nie dziwne, w końcu tutaj piłka nożna jest sportem nr 2. Najważniejszym wydarzeniem sportowym są mecze Skry, w końcu jednej z najlepszych drużyn grających w siatkówkę na świecie. Z kolei Cracovia nie powinna bić się czwarty sezon z rzędu o utrzymanie, nie z tym trenerem, i nie z Niedzielanem. Górnik sprzedał do Polonii swoich dwóch filarowych graczy – Roberta Jeża i Daniela Sikorskiego. Kiedy jednak na jesieni, Słowaka w Zabrzu nie było, a drugi z obecnych polonistów grał mało podopieczni Adama Nawałki skończyli rundę jesienną na 7 miejscu. Myślę że, w tym sezonie Górnik wyląduje na podobnym miejscu.

Niewiadomymi pozostają Jagiellonia Białystok, Lechia Gdańsk, a także Podbeskidzie Bielsko Biała. Jak Jaga podniesie się po kompromitującej porażce z Irtyszem Pawłodar? Widmo przegranej powinno ciążyć na nich ciążyć jeszcze długi czas. Prezes Kulesza pożegnał z Michałem Probierzem, prawdopodobnie najzdolniejszym polskim trenerem. Na jego miejsce zatrudnił „polskiego Mourinho” – Czesława Michniewicza, który min. zabronił piłkarzom... przeklinać. Najważniejsza dla Jagiellonii będzie dyspozycja strzelecka Tomasza Frankowskiego, po sezonie kończącym definitywnie piękną karierę. W Lechii Gdańsk zostało najważniejsze ogniwo, Abdou Razack Traore, wicekról Ekstraklasy. Wzmocnili się min. Fredem Bensonem, w dodatku przenoszą się na piękny, wielki i supernowoczesny stadion – będą grać na PGE Arenie. Ja jednak jakoś nie potrafię uwierzyć w grę w europejskich pucharach Lechii. Zarówno rok temu, jak i dwa szansa była, lecz pod koniec sezonu zawsze wymyka się podopiecznym Tomka Kafarskiego z rąk. Ciekawi mnie również Podbeskidzie. Jak Górale poradzą sobie w Ekstraklasie po raz pierwszy w historii? Chociażby w Pucharze Polski pokazali, że są mocni, kiedy ograli Wisłę i prawie wyeliminowali Lecha. Jak jednak poradzą sobie w sezonie 2011/2012?

Na koniec felietonu wymienię grupę drużyn grających o utrzymanie się w Ekstraklasie. Przede wszystkim są to dwa kluby łódzkie, które bez porządnego stadionu i porządnych pieniędzy będą musiały mocno oszczędzać. Widzewa tak zacisnął pasa, że nie mógł przedłużyć kontraktu z Czesławem Michniewiczem – nie stać go było. Z ŁKSem też sprawa nie wygląda dobrze. Beniaminek musi grać na stadionie w Bełchatowie, ponieważ na grę w Łodzi nie dostałby licencji. Nie najlepiej z sytuacją finansową jest również w Koronie Kielce i Ruchu Chorzów. Oba kluby musiały zaciskać pasa jeszcze bardziej od klubów łódzkich. Wyprzedały większość wartościowych piłkarzy. W klubie śląskim sytuacje ratuje kapitalny trener, który potrafi wykrzesać z Ruchu to, co najlepsze. W Koronie rządzi Leszek Ojrzyński – szkoleniowiec nikomu nie znany. Drużynę może uratować jej niewiarygodna determinacja, chociaż może to okazać się za mało.

Felieton napisany 30.07.2011, aktualny także dzisiaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6